Dalsza droga wiodła
Wakacje |korepetycje z chemii |Prawo Jazdy Poznań
„Dalsza droga wiodła nas ku nizinom. Szliśmy teraz doskonale utrzymaną szosą, wśród dobrze zagospodarowanych lasów, wzdłuż biegu pięknego, szerokiego strumienia. Moim zamiarem było dotrzeć do najbliższego większego miasteczka, skąd mógłbym uzyskać połączenie telefoniczne z poselstwem polskim w Budapeszcie.
W Synowirskiej Polanie ludziska oglądali się za nami z zaciekawieniem. Do połowy rozległej wsi nikt nas nie zaczepiał. Minęliśmy właśnie jakiś większy dom z godłem państwowym Węgier, zawieszonym nad wejściem. Na podwórzu i przed domem uwijali się honwedzi. Już mieliśmy skryć się za zakrętem drogi, gdy rozległy się z tyłu głośne okrzyki. Uzbrojony żołnierz pędził za nami. Musieliśmy zawrócić jak niepyszni i po chwili staliśmy w kancelarii, przed obliczem komendanta wojskowej placówki pogranicznej.
Pan feldfebel Sandor Fogarassy siedział za biurkiem, rozwalony niedbale na krześle. Dwóch honwedów zostało wezwanych do pomocy — jeden jako tłumacz, znający język niemiecki, drugi w charakterze protokolanta. W drzwiach do koncelarii tłoczyli się liczni żołnierze, przyglądając się nam z podejrzanym zaciekawieniem. Rozpoczęło się „urzędowanie", utrzymane w tonie surowym i napuszonym. Zapytany o generalia, podałem nasze prawdziwe nazwiska, ujawniając nasz rzeczywisty charakter. Rewelacja ta nie zrobiła najmniejszego wrażenia na panu feldfeblu, który z miną wyraźnie ironiczną zarządził osobistą rewizję całej naszej czwórki. Uniosłem się gniewem i oświadczyłem stanowczym głosem, że nigdy nie pozwolę na dokonanie tej czynności w stosunku do polskich oficerów. Feldfebel zdumiał się i rozpoczął dłuższą dyskusję, utrzymaną już w tonie nieco uprzejmiejszym, którą zakończył zapowiedzią, że wobec mego sprzeciwu zmuszony jest odstawić nas pod eskortą do najbliższego posterunku żandarmerii. Odpowiedziałem suchą uwagą, że rozumiem znaczenie przepisów wojskowych i służbowego obowiązku.“(1)
sale konferencyjne zakopane |Bulterier adopcje |Domki na kaszubach
„Dalsza droga wiodła nas ku nizinom. Szliśmy teraz doskonale utrzymaną szosą, wśród dobrze zagospodarowanych lasów, wzdłuż biegu pięknego, szerokiego strumienia. Moim zamiarem było dotrzeć do najbliższego większego miasteczka, skąd mógłbym uzyskać połączenie telefoniczne z poselstwem polskim w Budapeszcie.
W Synowirskiej Polanie ludziska oglądali się za nami z zaciekawieniem. Do połowy rozległej wsi nikt nas nie zaczepiał. Minęliśmy właśnie jakiś większy dom z godłem państwowym Węgier, zawieszonym nad wejściem. Na podwórzu i przed domem uwijali się honwedzi. Już mieliśmy skryć się za zakrętem drogi, gdy rozległy się z tyłu głośne okrzyki. Uzbrojony żołnierz pędził za nami. Musieliśmy zawrócić jak niepyszni i po chwili staliśmy w kancelarii, przed obliczem komendanta wojskowej placówki pogranicznej.
Pan feldfebel Sandor Fogarassy siedział za biurkiem, rozwalony niedbale na krześle. Dwóch honwedów zostało wezwanych do pomocy — jeden jako tłumacz, znający język niemiecki, drugi w charakterze protokolanta. W drzwiach do koncelarii tłoczyli się liczni żołnierze, przyglądając się nam z podejrzanym zaciekawieniem. Rozpoczęło się „urzędowanie", utrzymane w tonie surowym i napuszonym. Zapytany o generalia, podałem nasze prawdziwe nazwiska, ujawniając nasz rzeczywisty charakter. Rewelacja ta nie zrobiła najmniejszego wrażenia na panu feldfeblu, który z miną wyraźnie ironiczną zarządził osobistą rewizję całej naszej czwórki. Uniosłem się gniewem i oświadczyłem stanowczym głosem, że nigdy nie pozwolę na dokonanie tej czynności w stosunku do polskich oficerów. Feldfebel zdumiał się i rozpoczął dłuższą dyskusję, utrzymaną już w tonie nieco uprzejmiejszym, którą zakończył zapowiedzią, że wobec mego sprzeciwu zmuszony jest odstawić nas pod eskortą do najbliższego posterunku żandarmerii. Odpowiedziałem suchą uwagą, że rozumiem znaczenie przepisów wojskowych i służbowego obowiązku.“(1)
| Coraz bardziej zżywam >>>>
sale konferencyjne zakopane |Bulterier adopcje |Domki na kaszubach